… CZWARTEK
Dzisiejszy poranek był dość… szybki. Bez leniuchowania. Przed nami było ponad 300 kilometrów drogi, a plan zakładał jeszcze kilka przystanków „tu i tam”, więc nie było miejsca na zwłokę. Spakowaliśmy się sprawnie, standardowa obsługa naszej FAYSIE, szybkie zakupy na kolejne dni i już wiedzieliśmy, że na spokojne śniadanie nie ma co liczyć. Decyzja zapadła błyskawicznie… jemy coś „kupnego” po drodze. Po prostym, kanapkowym śniadaniu ruszyliśmy w trasę.
Z każdym kilometrem coraz wyraźniej było widać, że to już inne oblicze Nowej Zelandii niż to, które pamiętaliśmy z Wyspy Północnej. Zamiast krajobrazów znanych z wcześniejszych odcinków drogi pojawiły się rozległe równiny, a w tle coraz częściej rysowały się góry, które domykały horyzont. Idealne miejsce na winnice… i rzeczywiście, to one zdominowały krajobraz.
Nowa Zelandia od lat kojarzy się z baraniną, wołowiną i winem. To skojarzenie nie wzięło się znikąd. To kraj, w którym owce i krowy naprawdę dominują krajobraz. Jadąc przez obie wyspy, co chwilę mija się rozległe pastwiska, a liczby mówią same za siebie – owiec jest tu wciąż kilkukrotnie więcej niż ludzi. Zwierzęta przez większość roku pasą się na wolnym powietrzu, co ma bezpośrednie przełożenie na jakość mięsa i intensywny smak oraz delikatną strukturę, która nie potrzebuje już wielu dodatków. Wiem co mówię, bo jagnięcina z grilla gościła nie raz na naszym talerzu 🙂
Baranina to niemal znak rozpoznawczy kraju, ale wołowina wcale jej nie ustępuje. Hodowana w systemie ekstensywnym, bez przemysłowej intensyfikacji, trafia na stoły zarówno w najprostszej postaci, jak i w bardziej dopracowanych restauracyjnych odsłonach. Tu jedzenie nie jest przesadnie celebrowane… ma być uczciwe i dobre, dokładnie takie jak krajobraz, z którego pochodzi.
Do tego dochodzi oczywiście wino, które dla wielu bywa zaskoczeniem. Tak, tak… Nowa Zelandia, choć niewielka, wypracowała sobie światową renomę, zwłaszcza dzięki białym winom. Sauvignon Blanc z regionu Marlborough (północna część Wyspy Połódniowej)… to już klasyka, ale podróżując przez kraj, łatwo zauważyć, jak winnice wpisują się w doliny i zbocza wzgórz. Chłodniejszy klimat, czyste powietrze i duże różnice temperatur między dniem a nocą sprzyjają winorośli, dając wina świeże, wyraziste i bardzo charakterystyczne. Patrząc na te krajobrazy… pastwiska, winnice, otwarte przestrzenie… łatwo zrozumieć, że nowozelandzka kuchnia zaczyna się w terenie, a nie w kuchni.
Rzędy winorośli ciągnęły się po horyzont, a my jechaliśmy dalej… kilometry mijały niepostrzeżenie, a droga sama w sobie była już częścią przygody.
Na Lake Rotoiti Jetty zatrzymaliśmy się na chwilę odpoczynku w drodze do Punakaiki Rocks, słynnych Skał Naleśnikowych. Plan był prosty… krótki postój i dalej w trasę. Wyszło jak zwykle… zostaliśmy dłużej, niż zakładaliśmy, bo gdy weszliśmy na drewniany pomost, od razu poczuliśmy, że to miejsce nie jest stworzone do pośpiechu. Tafla jeziora była niemal nieruchoma, odbijała góry i linię lasu tak wyraźnie, że trudno było odróżnić odbicie od rzeczywistości, a woda tak przejrzysta, że było widać dno na metry w głąb. Staliśmy tak w bezruchu na końcu pomostu i po prostu patrzyliśmy… bez sprawdzania czasu… bez rozmów… po prostu… kontemplując ten widok. Lake Rotoiti było dla nas spokojnym przystankiem w drodze… takim który zostaje w pamięci na dłużej.
Moglibyśmy siedzieć tutaj oczywiście dłużej, lecz przed nami jeszcze kawałek drogi i następne atrakcje. Ruszamy więc w dalszą drogę i w połowie drogi do naszego dzisiajszego noclegu zatrzymujemy się na króciutki postój na parkingu The Old Ghost Road.
The Old Ghost Road – Ta legendarna trasa powstała w XIX wieku jako szlak łączący dawne osady górnicze na Zachodnim Wybrzeżu. Przez lata była zapomniana, niemal pochłonięta przez naturę, aż w końcu odtworzono ją jako jeden z najbardziej znanych szlaków pieszo-rowerowych w Nowej Zelandii. Dziś jest to miejsce, w którym historia gorączki złota spotyka się z codziennością… i z dziką przyrodą oraz ciszą gór. Co jakiś czas można tu też natknąć się na współczesnych poszukiwaczy złota, stojących nad brzegiem strumienia z miską w dłoniach lub dragą, cierpliwie przeszukujących dno w nadziei na drobny błysk tego cennego kruszca, który ponad sto lat temu przyciągał tu tłumy.
Było super, ale teraz ruszamy w stronę Morza Tasmana, w stronę Punakaiki Rocks. Krajobraz z każdym kilometrem staje się coraz bardziej surowy. Góry powoli ustępują miejsca wąskim dolinom, a powietrze zmienia zapach… czuć bliskość Morza Tasmana. Droga wije się między zielenią, rzekami i stromymi zboczami, aż w końcu pojawiają się pierwsze przebłyski morza. To jeden z tych momentów, kiedy wiesz, że jesteś już naprawdę blisko wybrzeża. To już minuty dzielą nas od „NALEŚNIKÓW” 🙂
Wreszcie docieramy do naszego miejsca noclegu. Zostawiamy FAYSIE na Punakaiki Beach Camp i ruszamy pieszo do dzisiejszej głównej atrakcji – „NALEŚNIKÓW”… to tylko 1.5 km. pod małą górkę.
Ufff… jesteśmy na miejscu. Skały wyglądają dokładnie tak, jak sugeruje ich nazwa – warstwa na warstwie, jak idealnie ułożone naleśniki. Ten niezwykły układ nie jest dziełem przypadku. Pancake Rocks powstały z osadów morskich odkładających się na dnie oceanu miliony lat temu, sprasowanych pod ogromnym ciśnieniem i wyniesionych ku górze przez ruchy tektoniczne. Później natura zrobiła swoje. Wiatr, deszcz i przede wszystkim morze przez tysiące lat rzeźbiły skałę, wygładzając ją i rozdzielając na charakterystyczne poziome „placki”.
Największe wrażenie robi jednak to, co dzieje się tu przy silniejszym falowaniu. Woda wdziera się w wąskie szczeliny i podziemne korytarze, a następnie z hukiem wystrzeliwuje w górę przez tzw. blowholes. Dźwięk fal odbijających się od skał jest głęboki i potężny, że czuć go niemal w klatce piersiowej. To miejsce, które nie tylko się ogląda, ale odczuwa całym ciałem. My jednak tego uczucia nie doświadczyliśmy… morze było dość spokojne… nic nie szkodzi… i tak jest SUPER.
Spacerując po platformach widokowych, trudno nie myśleć o skali czasu. Te skały są tu od zawsze, my jesteśmy tylko krótkim epizodem. Widok, zapach soli i nieustanny rytm oceanu tworzą mieszankę, którą trudno opisać jednym słowem i właśnie dlatego Pancake Rocks Lookout zostanie w naszej pamięci na długo, długo po zejściu ze szlaku. To na prawdę było coś… WOW…
Wracamy na kamping, ale to jeszcze nie koniec dzisiejszych atrakcji.
Do Punakaiki Cavern nie planowaliśmy wchodzić. Mijaliśmy ją właściwie przypadkiem, już po wizycie przy Pancake Rocks, zmęczeni, ale wciąż z tą ciekawością, która często wygrywa z rozsądkiem. Popatrzyliśmy na siebie… i to wystarczyło – TAK – wiedzieliśmy, że musimy tam wejść.
Nie będę opisywał szczegółowo, jak to wyglądało ani jakie emocje nam towarzyszyły. Ciemność, wilgoć, radość, lekka adrenalina. Myślę, że ten krótki film z naszej eksploracji wprowadzi Was w klimat opowieści o tej jaskini… (szerzej o niej opowiem w innym filmie).
Jaskinia powstała w wapieniu, który miliony lat temu był osadem na dnie morza. Z tego samego materiału uformowały się Pancake Rocks, ale tutaj woda przez tysiące lat robiła swoje… powoli drążyła skałę, poszerzała szczeliny i korytarze, aż powstała jaskinia o długości około 130-135 metrów. Niby niedużo, ale w środku skala przestrzeni potrafi zaskoczyć.
Już po kilku krokach światło z zewnątrz zaczęło znikać. Ściany były wilgotne i nierówne, miejscami gładkie, miejscami ostre. Sufit wznosił się raz niziutko, że prawie trzba było iść na czworaka, a raz wysoko, że nie widać było gdzie się kończy… dźwięki odbijały się w nieoczywisty sposób, jakby jaskinia oddychała razem z nami. To nie była „ładna, ucywilizowana” jaskinia z poręczami i lampami. To surowa dzika przestrzeń pozostawiona dokładnie tak, jak ukształtowała ją natura.
W środku panowała stała wilgoć, a podłoże było miejscami śliskie, miejscami piaszczyste. Trzeba było uważać na luźne kamienie i niskie stropy. Wiedzieliśmy, że przy wyższym poziomie wody to miejsce potrafi szybko zmienić swój charakter, ale dziś na zewnątrz świeciło piękne słoneczko i nie padało już od jakiegoś czasu, dlatego „raczej spokojnie” eksplorowaliśmy jaskinię. Nie ma tu zabezpieczeń, ani oznaczeń… odpowiedzialność jest wyłącznie po stronie tych, którzy wchodzą. Czołówki, dobre buty i zdrowy rozsądek, są tu absolutnym minimum, ale my nie mieliśmy niczego z tych rzeczy. Hmmm… kompletni ignorańci… 😮
Nic to… idziemy dalej… a im dalej wchodziliśmy, tym wyraźniej czuliśmy, że to miejsce żyje własnym rytmem. Krople wody spadające z sufitu, echo kroków, chłód, który powoli przenikał ubrania, sprawiał że doznania były coraz wyraźniejsze. To nie była atrakcja „na szybko”. Tu trzeba było zwolnić, patrzeć pod nogi i słuchać przestrzeni. Każdy kolejny metr oddalał nas od świata na zewnątrz… przez każdy kolejny metr towarzyszyły nam tylko odgłosy jaskini… i każdy kolejny metr przybliżał nas do jej końca. Gdy wreszcie zawróciliśmy i pokonaliśmy całą drogę wstecz, znów zobaczyliśmy jasny kształt wejścia, poczuliśmy wyraźną ulgę… ale też i ogromną satysfakcję.
Punakaiki Cavern zapamiętamy nie jako punkt na mapie, lecz jako krótką, intensywną przygodę. Taką, która przypomina, że najciekawsze miejsca często nie są zaplanowane… one po prostu czekają, aż je ponownie odkryjesz dla siebie.
OK, udało się… przeżyliśmy i szczęśliwie wyszliśmy na powierzchnię. Teraz… idziemy na kemping.
Jeszcze tylko krótka przechadzka nadmorską pormenadą i po pełnym wrażeń dniu idziemy spać…
Dobranoc.
KRÓTKI RAPORT Z PODRÓŻY
| DATA: | 22-02-2024r. (czwartek) |
| START miejscowość : | Spring Creek (NEW ZEALAND, South Island) |
| PRZEZ miejscowości : | Kerr Bay Road, The Old Ghost Rd, Cape Foulwind |
| STOP miejscowość : | Punakaiki (NEW ZEALAND, South Island) |
| Dystans dzienny / całkowity : | ok. 360 km. / 20.000 km. + 1575 km. |
| Pogoda : | Słonecznie i ciepło, lekki wiatr od Morza Tasmana |
| Samopoczucie : | Wspaniałe, choć lekkojesteśmy zmęczeni. |



































































