… SOBOTA
Poranek przywitał nas deszczem. Niby zgodnie z prognozą, więc teoretycznie powinniśmy być przygotowani, a jednak gdzieś w środku tliła się nadzieja, bo wczorajsze nocne niebo było całkiem przyzwoite i dawało złudzenie, że może jednak się uda. No cóż… West Coast rządzi się swoimi prawami.
Ten dzień i tak mieliśmy zaplanowany bardziej na luzie. Zdalna praca w Polsce, chwila oddechu i porządkowanie kolejnych punktów naszego trip’a. Przed nami wciąż sporo atrakcji, a czasu, jak to zwykle w podróży, niby dużo, ale jednak za mało. Trzeba ogarnąć kempingi zarówno te płatne, jak i publiczne DOC-owe, doprecyzować plan na Milford Sound, a potem logistykę przejazdu w kierunku jeziora Wanaka. Planowanie w podróży to osobna dyscyplina sportowa… niby siedzisz przy kawie, a w głowie liczysz kilometry, godziny, prognozy pogody i dostępność miejsc. Chleb powszedni podróżnika. 🙂
Z racji deszczu postanowiliśmy zjeść „na mieście”… w cudzysłowie, bo w Nowej Zelandii nawet niewielka osada potrafi mieć ambicje metropolii… i w sumie to bardzo dobrze… w końcu trzeba mieć wysokie aspiracje. Wybraliśmy sympatyczną i całkiem rozsądną cenowo Betsey Jane Eatery & Bar. Zamówiliśmy klasykę gatunku: krem z dyni, fish & chips, burgera z frytkami i sałatkę z kurczakiem. Bez kulinarnych „wodotrysków” i eksperymentów… czasem człowiek po prostu chce zjeść coś sprawdzonego. Było smacznie, ciepło i sucho, czyli dokładnie tak, czego dziś potrzebowaliśmy.
W oczekiwaniu na obiad, w jego trakcie i podczas poobiedniej pogawędki towarzyszyła nam oczywiście woda za free. Pisałem już o tym na początku naszej relacji, ale warto podkreślić to jeszcze raz… w Nowej Zelandii podanie darmowej wody pitnej w restauracji to praktycznie standard. Bez pytania, bez krzywienia się, bez dopisywania jej do rachunku… siadasz do stolika i od razu pojawia się woda. Mała rzecz, a cieszy. I trochę ułatwia życie podróżnikowi, który liczy każdego dolca, żeby starczyło na kolejne kilometry drogi.
W wielu krajach na świecie, również w Polsce i w Nowej Zelandii, nie istnieje obowiązek prawny, który nakazywałby lokalom gastronomicznym bezpłatne podawanie wody pitnej do stolika.
To oznacza, że:
- lokal gastronomiczny może pobierać opłatę za wodę butelkowaną lub filtrowaną,
- może też darmowo nalać wodę z kranu (jeśli taką usługę oferuje dobrowolnie),
- ale nie musi tego robić prawnie.
W praktyce znacząca część lokali oferuje wodę pitną bezpłatnie, bo:
- podnosi to komfort klienta,
- jest powszechnie oczekiwaną usługą,
- nie wpływa znacząco na koszty własne,
- poprawia postrzeganie lokalu.
Jednak użyte przeze mnie poprzednio określenie, że „woda jest Twoim prawem, a nie towarem” nie oznacza prawnego obowiązku darmowego podawania wody… jest to raczej slogan etyczny i marketingowy. Całość problemu z darmową wodą jako dobrem ogólnym wynika z szerszego kontekstu debaty o prawach do wody i jej zarządzaniu w tym kraju. To co można powiedzieć na ten temat, to:
- W Nowej Zelandii świeża woda nie jest prywatną własnością jednostek, lecz jest prawnie powierzona Koronie (Rządowi) i zarządzana w interesie publicznym. Oznacza to, że woda sama w sobie nie jest towarem, który można własnościowo sprzedać jako „surowiec” w tradycyjnym rozumieniu własności prywatnej.
- Historycznie, w ramach lokalnych praw zwyczajowych, Māori (rdzenna ludność) mieli silne związki z wodami i uznawali je za część swej tradycyjnej, wspólnotowej własności (mana), co podnoszone jest w sporach prawnych i negocjacjach traktatowych.
„Woda jest Twoim prawem, a nie towarem” – to hasło pojawia się częściej w kontekście opinii, ruchów obywatelskich albo wypowiedzi naukowych społecznych, a nie jest literalnym cytatem z ustaw czy konstytucji Nowej Zelandii. Przez całą naszą podróż przez Nową Zelandię, zarówno na Wyspie Północnej, jak i Południowej, wszędzie spotykaliśmy się z tym samym podejściem – woda pitna w restauracjach jest czymś oczywistym i darmowym. To drobiazg, ale bardzo budujący. Przyznam, że naprawdę doceniliśmy taką postawę nowozelandzkiej gastronomii… prostą, uczciwą i bez kombinowania.
Po obiedzie wróciliśmy na kemping. Deszcz wciąż krążył gdzieś w tle, więc resztę dnia spędziliśmy spokojnie, bez wielkich planów. Trochę pracy, trochę rozmów, a wieczorem już tylko chill przy kieliszku nowozelandzkiego wina. Takie chwile są w podróży bezcenne… nic spektakularnego, a jednak dokładnie o to chodzi… mógłbym tak spędzać czas całymi godzinami.
Dobra, idziemy spać, bo dochodzi już północ, a jutro czeka nas sporo atrakcji… Nowa Zelandia nie lubi zmęczonych turystów lub gdy ktoś zasypia za kierownicą 😉
P.S.
Pamiętacie, jak wczoraj wspominałem o super infrastrukturze na naszym kempingu (przypomnę – Fox Glacier Top 10 Holiday Park & Motels)… poniżej mój nocny filmik (powrót z kibelka)… tylko pomieszczenia, by nikogo nie nagrywać.
Dobranoc…
KRÓTKI RAPORT Z PODRÓŻY
| DATA: | 24-02-2024r. (sobota) |
| START miejscowość : | Fox Glacier (NEW ZEALAND, South Island) |
| PRZEZ miejscowości : | — |
| STOP miejscowość : | Fox Glacier (NEW ZEALAND, South Island) |
| Dystans dzienny / całkowity : | ok. 20 km. / 20.000 km. + 2.245 km. |
| Pogoda : | Słonecznie i ciepło. |
| Samopoczucie : | Wspaniałe, wyspaliśmy się w samolocie, pełni energii ruszamy na podbój Auckland |











