Nie zaczęłam tego dnia w samym Saint-Nazaire. Do punktu startu mojej dzisiajszej „przechadzki”, czyli do niezwykłej atrakcji okolic Saint-Nazaire – Oceanicznego Węża (Serpent d’Océan), podwiozła mnie siostra z mamą. Cyknęliśmy sobie kilka wspólnych zdjęć i One wróciły do Tharon-plage, a ja zostałam sam, z plecakim i oceanem przed sobą. To był dokładnie ten moment, w którym marsz tak naprawdę się zaczyna.
Serpent d’Océan to monumentalna rzeźba autorstwa Huang Yong Ping, stojąca u ujścia Loary, w Saint-Brévin-les-Pins. Przedstawia ogromny, szkieletowy kształt morskiego węża, który w zależności od pływu częściowo zanurza się w oceanie lub całkowicie się odsłania. Dzieło symbolizuje przemijanie cywilizacji, potęgę natury oraz ślady, jakie ludzkość pozostawia po sobie, niczym przyszła skamielina naszej epoki.
Za plecami miałam potężne stocznie Saint-Nazaire i monumentalny most nad Loarą. Miasto nie było moim celem, było tylko tłem, industrialną scenografią zamykającą horyzont. Przede mną otwierał się zupełnie inny świat… linia wybrzeża, wiatr znad Atlantyku i droga, która obiecywała kilka godzin spokojnego, samotnego marszu.
Już na pierwszych kilometrach czuć było, że to będzie marsz „nad wodą”, a nie tylko „obok niej”. Ocean tutaj nie jest tłem – on gra pierwsze skrzypce i jest głównym bohaterem. Ścieżka, a w zasadzie plaża, prowadziła mnie wzdłuż wybrzeża, raz wysoko nad wodą, raz niemal na jej poziomie. Plaże w okolicach Saint-Brevin-les-Pins są przede wszystkim szerokie i otwarte. Przy odpływie ocean cofa się daleko, odsłaniając ogromne połacie mokrego, ciemniejszego piasku, po którym idzie się lekko i równo. Krajobraz wtedy robi się niemal surowy… tylko piasek, wiatr i woda wracająca powoli swoim rytmem.
Linia brzegowa jest tu spokojna, pozbawiona klifów i dramatycznych form. Zamiast tego są łagodne wydmy i pas sosnowych lasów, które skutecznie oddzielają plażę od zabudowy. Dzięki temu, nawet blisko miasta, można iść długo z poczuciem przestrzeni i ciszy. Ludzie pojawiają się punktowo, każdy na własnych zasadach, jakby plaża była wystarczająco duża, żeby nikomu nie wchodzić w drogę.
Najbardziej lubię takie momenty, kiedy przypływ i odpływ zmieniają krajobraz w czasie marszu. Gdy wychodziłem, ocean był jeszcze cofnięty. Plaże wydawały się ogromne, odsłaniając ciemne skały, pasma mokrego piasku i połyskujące kałuże zostawione przez odpływ, w których brodziły ptaki różnych gatunków w poszukiwaniu pożywienia. Z czasem woda zaczęła wracać… powoli, cierpliwie, bez pośpiechu. Ten sam fragment wybrzeża po godzinie wyglądał zupełnie inaczej. To właśnie jedno z tych miejsc, gdzie naprawdę widzisz, że krajobraz żyje.
Nogi niosły mnie przez małe zatoki, fragmenty dzikiego wybrzeża i odcinki bardziej cywilizowane z promenadami, schodami na plażę, ławkami ustawionymi dokładnie tam, gdzie zachód słońca musi wyglądać najlepiej. Czasem mijałem biegaczy, czasem spacerowiczów z psami, ale przez długie fragmenty szedłem sam, słuchając tylko wiatru, szumu fal i rytmu kroków.
Był moment, w którym usiadłem na skraju plaży i po prostu patrzyłem, jak fale wchodzą i cofają się w regularnym rytmie. Po kilku godzinach marszu ciało było zmęczone, ale głowa… zaskakująco lekka. Długie trasy wzdłuż oceanu mają w sobie coś medytacyjnego. Nie ma tu wielkich przewyższeń ani technicznych trudności, ale jest stały dialog z przestrzenią i pogodą.
Ta trasa to nie „górska przygoda” ani jakiś wyczyn… to spokojne, długie wędrowanie… idealne, żeby zwolnić, uporządkować myśli i pozwolić, żeby krajobraz zrobił swoje. Saint-Nazaire, a właściwie Serpent d’Océan, zostało daleko za plecami, a ja kończę dzień z solą na ustach, piaskiem na butach i poczuciem, że przeszedłem fragment wybrzeża naprawdę… a nie tylko go zobaczyłem.
Jeśli lubisz trasy, gdzie ocean wyznacza tempo, a każdy kilometr wygląda trochę inaczej w zależności od światła i pływów… to to jest dokładnie taki marsz. Jak zawsze poniżej masz mapkę z trasą i GPX do pobrania.
Max elevation: 21 m
Min elevation: -4 m
Total climbing: 222 m
Total descent: -206 m
Total time: 02:58:32

























